I wiesz, od pewnego czasu staram się zebrać „do kupy”, ale coś mi nie wychodzi. Wolę czesać włosy, jeść zimny kisiel przedtem czekając na jego wystygnięcie, słuchać muzyki, która była modna pół wieku temu, oglądać stare filmy i gryźć wczorajszy chleb, bo ta cała dzisiejszość już mnie nie obchodzi. Ona po prostu nie ma sensu, przez tą całą pustkę, która wiruje dokoła mnie i tańczy swój głupi taniec. To takie oczywiste, ale chciałabym, żebyś był tutaj ze mną, obok, zawsze. Złapał mnie za rękę, nogę, czy whatever i poszedł w kierunku zachodzącego słońca, całował w bananowe usta i szeptał jak bardzo mnie pragniesz. No i to tyle marzeń niemożliwych. Czas zejść na tą brzydką, popękaną Ziemię, przestać szybować między gwiazdami w kosmosie.