Kiedyś byłam dla Niego Niebem, a On dla mnie Słońcem, kiedyś był galaktyką, która się nie kończyła, a ja byłam najjaśniejszą w niej gwiazdą. Byłam skarpetkami, które ciągle nosił, byłam jego ulubioną piosenką, a On całym tlenem, który był wszędzie tam, gdzie ja, wypełniał każdą szczelinę, pozwalał mi żyć, cieszyć się nocami i dniem, który po nich nastawał. A teraz to wszystko prysło, zniknęło jak bańka ocierająca się o mur. Nie ma już tego wszystkiego, tych pięknych epitetów. Teraz jest dla mnie tylko kolegą. Jedyne, co słyszę od Niego to zapewnienie, że choć trochę mnie lubi.