23 sierpnia 2011

Muśnięcie tęsknoty.

I w końcu sarkastyczne spojrzenia i żałosne uśmieszki przestały robić na niej jakiekolwiek wrażenie. Czuła tylko tęsknotę do jego osoby. Nie buchała już od jej ciała wzgarda do samej siebie. Stawała co rano przed lustrem i obrzydzenie do fioletowych sińców pod oczami, grubych części ciała, z których nazw można by utworzyć długą wyliczankę znikało jak mgła w słoneczny dzień. Nie widziała tego, co przeszkadzało jej na co dzień. Zamiast swoich piwnych oczu z dużymi źrenicami ujrzała zielone, przymrużone tęczówki i wypłowiałe rzęsy, w miejscu dużego nosa, który był wkurzającym dodatkiem do bladej twarzy pojawił się zgrabny, nieco krzywy nosek. Poniżej nie było już wąskich ramion, a szerokie i męskie barki, tułów też był szerszy, bardziej wysportowany, godny uwagi. Nogi przykryte spodniami w kolorze wzburzonego morza, spodnie jakich nie było w jej szafie. Stała jak wmurowana przed tym lustrem i coraz mniej wątpiła w to co widzi. Odwróciła się, myślała, że to On stoi tam za nią, niedaleko. Jednak nikogo nie ujrzała.

- Kurwa. – szepnęła i ponownie spojrzała w lustro.

Nie zobaczyła już swego boga, tylko to czego nie lubiła- fioletowe sińce, grube nogi, wieki nos i druciane włosy. Znów poczuła te ciche śmiechy za jej plecami, a po własnych policzkach spływały jej łzy. Wydawało się jej, że jest brzydsza, jeszcze bardziej, niż przed chwilą. Bo przecież to On mówił, że ze złością wygląda szpetnie, mówił tak na każdym kroku, za każdym razem, gdy chciał doprowadzić ją do płaczu. Uwielbiał jak przez Niego wycierała oczy i moczyła całą twarz. Był jej oprawcą. Mordercą, który wykańczał ją dzień po dniu, doprowadzał do szoków i ciągłych zmian temperatur ciała. Miała nadzieję, że jego odejście przyniesie jej ulgę – w końcu każdy mówił, że będzie łatwiej. A jednak. Ona znów czuje to samo. Wraca w korytarzach wspomnień do tej jednej chwili, w której pocałował ją w usta. Odtworzyła tamtą chwilę, dokonała rekonstrukcji emocji. Ustała na parapecie patrząc w dół. Zamknęła powieki i wyobrażała sobie, że On jest na dole i że ją złapie. Wzbiła się na palce i rzuciła w otchłań, w dół. Leciała jak papierowa torba, która wiruje na wietrze. I padła, wylądowała niesamowicie jak statek kosmiczny. Zabiła się. Pomógł jej w tym, mimo nieobecności.